Dlaczego Polacy chcą być kundelkami narodów?

kundel 2

Kocham zwierzaki, a kundelki w szczególności, nie rozumiem jednak, dlaczego Polacy wciąż mają się za tych gorszych? Dlaczego tak często uważają, że tzw. Zachód jest lepszy od nas? Że Zachodowi ludzkość więcej zawdzięcza?

Zacznijmy od tego, jak promujemy własną historię, a właściwie jak jej nie promujemy. Za przykład weźmy pierwszy wizerunek koła na świecie odnaleziony w Bronocicach pod Krakowem. Gdyby zdarzyło się to w USA Amerykanie nakręciliby na ten temat mnóstwo kasowych filmów i cały świat wiedziałby co im zawdzięcza. A u nas nikt nie dba nawet o to, żeby Polacy mieli wiedzę na ten temat. Sami sprowadzamy się do roli kundelków.

Dlaczego myślę, że jesteśmy skamlącymi kundelkami? Trochę wspomnień. Moje dzieciństwo przypadło na czasy PRL-u. Pamiętam jak ogromne wrażenie robiło na ludziach z mojego otoczenia hasło „zagranica” oznaczające oczywiście tzw. Zachód. Sny o potędze, dobrobycie i normalności. Kilka obrazków przewija mi się w pamięci. Wszystkie kończą się niewypowiedzianym wnioskiem ogółu: „oni” są kimś, my – nikim.

Po latach moja Mama odnalazła brata. Mieszkał w Ameryce. W końcu się spotkali – w latach 70-tych przyjechał do Polski i przywiózł m.in. aspirynę. Wiara w jej skuteczność była niesamowita. Trzymało się ją – jak jakiś cudowny lek – na nadzwyczajne przypadki. No bo to aspiryna z Ameryki, a nie jakaś tam nasza, polska „byle jaka” polopiryna. Czepiam się? Sprawdźcie skład. Oba leki mają taki sam: kwas acetylosalicylowy. Wywiedziony z naszej swojskiej brzozy. Witkami brzozowymi okładano się co najmniej od tysiąca lat w słowiańskich łaźnach. Dla zdrowotności właśnie. To podstawa naszej medycyny ludowej. Rozluźnione pory ciała pod wpływem wysokiej temperatury lepiej wchłaniały wyżej wymieniony zdrowotny kwas z drewna brzozowego. No ale wiecie: zagraniczne jest na pewno lepsze i sprawi cuda.

W tamtych latach spotkanie z obcokrajowcem zdarzało się rzadko, ale jeśli już się zdarzyło… Ech… tylko o tym rozmawiało się w gronie rodzinnym i w kręgu przyjaciół. Rzecz jasna z podziwem i atencją, ale… przemieszaną z ogromnym wstydem, że nie było jak porozmawiać, bo Polacy znali głównie język rosyjski. Mieliśmy zbiorowe wyrzuty sumienia z powodu braku znajomości języka gości. Nikt nie pomyślał, że to problem gościa, że nie potrafi się z nami porozumieć. Tymczasem… Pamiętam, jak zobaczyłam wiele lat później program w TV lub przeczytałam w jakiejś gazecie, że pewien dziennikarz, który miał swój program w języku angielskim w polskim radiu, mieszkał w Polsce od dziesięciu lat, ale z premedytacją nie uczył się języka polskiego, bo… nie widział takiej potrzeby. Przeciętnie mądry i bystry, ale wiecie – Anglik. Jego znajomi dostosowali się do niego i… uczyli języka angielskiego, by móc się z nim porozumieć. Języków należy się uczyć, ale ta sytuacja skojarzyła mi się ze stadem kundelków merdających ogonkami, byle tylko zasłużyć na pochwałę paniska z Zachodu.

W czasach świeżo odzyskanej polskiej „wolności” (w cudzysłowie, bo życie w dzisiejszych realiach za 1850 zł brutto minimalnej pensji – a takich jest zbyt wielu – to nie jest wolność), po zwycięstwie „Solidarności” Web pojechał do Niemiec, żeby przekuć tę „wolność” na kapitalistyczny zysk. Znaczy w interesach, żebyśmy mieli co do gara włożyć. W Niemczech widział, że znali język angielski i rozumieli co do nich mówił, ale z premedytacją odpowiadali tylko po niemiecku. W knajpie nie chcieli przyjmować dolarów (pieniędzy uznawanych przecież na całym świecie) – czekali na niemieckie marki. Taka tam pogarda dla obcokrajowców. A u nas? Na widok „zagranicy” niezmiennie zachowywaliśmy się jak piszczące z podniecenia pieski. W tym czasie w Polsce można było wymienić i dolary, i marki, na złotówki oraz odwrotnie. W polskich sklepach czy restauracjach lepiej widziane były dolary, korony czy marki niż polskie złotówki. W knajpach zaczęło wtedy pojawiać się menu po angielsku i po niemiecku. Żeby tym „zagranicznym” było wygodnie. Niemcy (nic do nich nie mam) nas u siebie ignorowali, a my przed nimi… na kolanach. No bo wiecie: zagraniczni. Znaczy: lepsi jacyś tacy.

No i takie Polaków podejście do świata jest wciąż aktualne. Widać to chociażby w telewizorze. Różne stacje serwują nam głównie polskie wersje zagranicznych pomysłów. „Mam talent”, „The voice of…”, „Rodzinka.pl”, „You can dance”, „Kuchenne rewolucje” itd. Naprawdę musimy płacić grubą kasę za prawa do zagranicznego „formatu”? Mamy w Polsce tylu zdolnych ludzi. Gdyby tak rozpisać konkurs na scenariusz i pozbyć się tych, co zgarną sowitą „działkę” do kieszeni za wybór „właściwego” scenariusza – mielibyśmy oryginalne pomysły, które być może sprzedawalibyśmy za grubą kasę na wyidealizowany Zachód. W radiu słyszymy w przytłaczającej większości zagraniczne przeboje, a właściwie zagraniczną papkę. Polska twórczość pojawia się rzadko, a polskie kapele zbyt często przyjmują zagraniczne nazwy. Wstydzą się „naszości”? Już nawet nie mamy sklepów, tylko shopy, markety i dyskonty. Dotyczy to nawet sklepików osiedlowych, gdzie zagraniczniak raczej rzadko zajrzy. Wstydzimy się języka polskiego?

Mamy osiągnięcia naukowe i co z tego? Znakomite polskie wynalazki uznanie Polaków zyskują dopiero wtedy, kiedy w ogólnym odbiorze stają się myślą zagraniczną. Nie chcemy, bądź nie potrafimy wykorzystać polskiej myśli. Dlatego wynalazcy wyjeżdżają z Polski, by zdobyć środki na rozwój badań i na życie, żeby rozwijając cywilizację nie zdechli z głodu. Z tego samego powodu sprzedają swoje wynalazki inwestorom z innych krajów.

Kto dzisiaj pamięta, że komputer Commodore 64 wynalazł Jack Tramiel, czyli Jacek Trzmiel? Wyemigrował do USA, gdzie założył firmę Commodore International. Jego komputer trafił do Księgi Rekordów Guinessa jako najlepiej sprzedający się model komputera w historii. Polska na tym nic nie zyskała.

Pierwszy profesjonalny przenośny magnetofon „Nagra” wynalazł Stefan Kudelski. Osiadł w Szwajcarii, gdzie powstała firma Kudelski Group. Ze słynnych magnetofonów Kudelskiego przez długie lata korzystali reporterzy wszystkich najważniejszych rozgłośni radiowych i stacji telewizyjnych na całym świecie.

Kto pamięta, że kamizelkę kuloodporną wynaleźli Polacy – Jan Szczepanik i Kazimierz Żegiel. To Polacy, a nie „zagraniczni” rozszyfrowali Enigmę, wynaleźli m.in. pierwszy helikopter, wykrywacz min, wycieraczkę samochodową, kevlar – jeden z najmocniejszych materiałów świata. Czy kupując kosmetyki firmy Max Factor ktokolwiek wspomni urodzonego w Zduńskiej Woli Maksymiliana Faktorowicza, który stworzył te kosmetyki i tę firmę?

W 2001 r. pracownikom Warszawskiego Instytutu Wysokich Ciśnień PAN udało się wytworzyć wyjątkowo wysokiej jakości kryształy azotku-galu. Wykorzystuje się je m.in. w niebieskich laserach. Gdy Polacy odtrąbili sukces, Japończycy wymyślili jak na tym zarobić – udoskonalili technologię i produkują napędy Blu-ray. Polacy mogą najwyżej pobiadolić, że nie wykorzystali szansy na zyski i budowanie polskiej marki. Jak zwykle.

Na vipmultimedia.pl czytamy: „Inteligentny wózek inwalidzki iWheel, zdobywca nagrody „Polski Wynalazek” w 2014 roku, podzielił los setek podobnych konceptów. Niesamowity pomysł, do którego realizacji, a tym samym komercjalizacji, zabrakło środków. Patryk Arłamowski oraz Kamila Rudnicka, pomysłodawcy wózka założyli nawet własną firmę, by promować produkt. Być może iWheel będzie rozwijane poza granicami naszego kraju, jeżeli znajdą się tylko inwestorzy. W Polsce się nie udało.”

Grafen nazywany jest „cudem technologii”. To struktura z atomów węgla, o grubości jednego atomu, twardsza kilkaset razy bardziej od stali, przy tym giętka i znakomicie przewodząca prąd. Materiał może zrewolucjonizować produkcję komputerów, sprzętu elektronicznego i wiele innych gałęzi przemysłu i nauki. Można go wykorzystać m.in. do produkcji energii odnawialnej z baterii słonecznych czy precyzyjnego sprzętu medycznego. Czemu o nim piszę? To materiał opracowany przez naukowców rosyjskich, jednak to Polacy – eksperci z warszawskiego Instytutu Technologii Materiałów Elektronicznych (ITME) opracowali technologię produkcji grafenu na skalę przemysłową. Nasz grafen jest lepszej jakości i o wiele tańszy w produkcji od amerykańskiego. Czy polscy decydenci i przedsiębiorcy doceniają polskich naukowców? Czy Polska skorzysta na tej rewolucji? W newsweek.pl w artykule z 2014 r. czytamy: „Instytut, w którym powstał polski patent na grafen, mieści się w pawilonie na obrzeżach Warszawy, jakby wyjętym z lat 80. Podniszczona elewacja, ponure wnętrze, na ścianach staromodne lamperie. Grupa młodych naukowców, którzy pracują nad technologią produkcji grafenu, gnieździ się w ciasnej klitce. Zarobki? Na początek niecałe 2 tys. zł na rękę. W takich warunkach wykuwa się jedna z najbardziej przyszłościowych polskich technologii. (…) Niestety, państwo to wciąż jedyny inwestor zainteresowany projektami grafenowymi. Prywatni przedsiębiorcy nie palą się, by inwestować w przyszłościową technologię.
– Owszem, dostaliśmy kilka propozycji. Wszystkie sprowadzały się do tego samego: inwestor chciał tanio kupić nasz patent, trochę go rozwinąć i szybko odsprzedać z zyskiem. A mnie zależało, żeby ten patent pozostał polski – mówi doktor Włodzimierz Strupiński, szef zespołu.”
Państwo jednak również chyba nie ma wizji jak zarobić na polskiej myśli. Sprzedaż grafenu to mało opłacalny interes w porównaniu do sprzedaży gotowych produktów z jego wykorzystaniem. Znów zostaniemy montownią zagranicznych firm i będziemy drogo kupować zagraniczne sprzęty słono za to płacąc. Za to z zachwytem, że to „zagraniczne”.

FOT: www.gratisography.com

Jeśli masz ochotę – zapisz się na ukazujący się raz w tygodniu newsletter informujący o nowych wpisach na naszym blogu. Wystarczy przysłać e-mail z hasłem NEWSLETTER w tytule na adres: rudaweb.pl@gmail.com

RudaWeb

Jeden Komentarz

  1. Jak byś się nie zżymał, nie jesteśmy lepsi od tego zakichanego Zachodu. Czemuś biedny boś głupi, czemuś głupi….

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *